WOJSKO POLSKIE - struktury organizacyjne

z 243

Najmniejsza jednostka bojowa

Bellona 1927, lipiec  zobacz oryginał

 

MJR. DR. TADEUSZ FELSZTYN.

NAJMNIEJSZA JEDNOSTKA BOJOWA.

 

Organizacja obecna - Tendencje organizacyjne - Omówienie kierunku kompanijnego - Omówienie kierunku indywidualistycznego - Kierunek plutonowy - Kierunek
drużynowy - Trudności dowodzenia - Wyszkolenie dowódców - Możności manewru - Wpływ rozpraszający walki - Techniczne zagadnienie broni - Użycie w poszczególnych fazach walki - Charakter narodu - Wniosek - Przesłanki - Manewr drużyny - Projekt organizacyjny - Omówienie projektu.

CZĘŚĆ I.

Określenie najmniejszej jednostki.

Najmniejszą jednostką bojową nazywa v. d. Goltz taką jednostkę:

a) którą może dowodzić głosem jeden człowiek;

b) która może jeszcze - bez grozy natychmiastowego zniszczenia wystawić się w szyku zwartym na ogień nieprzyjacielski.

Za czasów v. d. Goltza jednostką taką była kompanja. Określenie powyższe do walki dzisiejszej nie daje się jednak zastosować; jak mała bowiem byłaby jednostka, to zawsze pojawienie się jej w szyku zwartym na nowoczesnem polu walki równa się natychmiastowej jej zagładzie. Jako więc kryterjum pozostać może z powyższego najwyżej pierwszy warunek,

Ale tak ograniczone określenie staje się niesłuszne, niepraktyczne i niecelowe.

Niesłuszne, ponieważ istnieją wypadki, gdy - wskutek intensywnego ognia - dowodzenie głosem wogóle staje się niemożliwe.

Niepraktyczne, ponieważ tak ujęta definicja prowadzi zawsze do sekcji, jako najmniejszej jednostki bojowej, zacierając istotną przecież różnicę, jaka istnieje zarówno w organizacji, jak i w metodach walki najmniejszej jednostki bojowej piechoty niemieckiej z jednej, a francuskiej z drugiej strony.

Niecelowe wreszcie, ponieważ ze wszystkich cech charakterystycznych walki podkreśla jedną tylko - dowodzenie - pomijając wszystkie inne, niemniej przecież ważne.

Dlatego też należy - jak sądzę - szukać określenia najmniejszej jednostki gdzieindziej, a mianowicie w jej niejako samowystarczalności w czasie walki tak zaczepnej, jak i obronnej piechoty.

By to pojęcie bliżej sprecyzować, trzeba wpierw zdać sobie jasno sprawę z tego, jakie środki walki potrzebne są w walce piechoty i jakie wobec tego cechy mieć musi jednostka, by walkę - w ramach odpowiadającego jej szczeblowi zadania - prowadzić mogła samodzielnie. Wobec tego zaś, że kwestja ta z jednej strony podlega jeszcze ciągle dyskusji i jest przedmiotem zażartych sporów w literaturze wojskowej licznych państw, z drugiej zaś strony, że od sposobu odpowiedzi na nią zależy w wysokiej mierze i odpowiedź na interesujące nas tu zagadnienie, jaka powinna być najmniejsza bojowa jednostka piechoty, uważam za konieczne rozpoczęcie rozważań niniejszego artykułu od analizy środków, niezbędnych piechocie do wykonania jej zadania na polu walki.

Jednym z tych środków jest niewątpliwie ogień. Pierwszorzędne jego znaczenie wykazało doświadczenie wojny, podkreślają wszystkie regulaminy.

Już pierwsze dni wojny okazały, że bez ognia niczego na polu walki dokonać nie można. Największe bohaterstwo, najwspanialsza pogarda śmierci nic nie pomogą przeciw ogniowi maszyn. Wstrząsający opis walki 8 dywizji piechoty francuskiej pod Virton [1], gdzie w niespełna 7 godzin pod ogniem 6-ciu bataljonów niemieckich rozbitych zostało 6 pułków francuskich, pułków najlepszych, pułków, które w walce tej zapisały najpiękniejsze karty bohaterstwa i to rozbitych tak, że straty równały się połowie stanów - świadczy o tern, że natarcie niepoparte ogniem równe jest zagładzie dla nacierającego.

Bez ognia piechota jest więc bezbronna. Natomiast ogień właściwie skierowany jest najlepszym i niezbędnym natarcia tego pomocnikiem. Przykładów możnaby cytować bez liku, Weźmy najcharakterystyczniejszy.

Z końcem lutego 1917 roku w Maison de Champagne dwa bataljony 2-giej dywizji francuskiej dostały się całe, bez wystrzału, do niewoli niemieckiej, ponieważ wszystkie karabiny maszynowe tych bataljonów, w ilości 16 sztuk, zostały zniszczone ogniem miotaczy bomb niemieckich[2].

W końcowym pościgu w 1918 roku jeden bataljon angielski został zatrzymany w swym ruchu ogniem kilku karabinów maszynowych niemieckich, strzelających z pobliskiego wzgórza. Celny ogień moździerza Stokesa bataljonu nacierającego zniszczył po pewnym czasie ten opór niemiecki i umożliwił Anglikom dalszy pościg[3].

Dnia 31.VIII. 1920 roku II bataljon 52 pułku piechoty, nacierając na stanowiska rosyjskie pod Waza Kruk (na płn.-zach. od m. Przemyślany) napotyka na silny ogień karabinów maszynowych w chwili, gdy czoło jego wychodzi z lasu pod Zaciemnem. Ogień 4-ch karabinów maszynowych tego bataljonu wiąże ogień nieprzyjacielski i umożliwia natarcie na wzgórze Waza Kruk[4].

Natarcie I bataljonu 20 pułku piechoty francuskej, przeprowadzone w dniach 17 do 21. IV. 1917 r. na silnie umocnioną pozycję niemiecką pod Moronvilliers w Szampanji rozbiło się w dniu 19. IV. 1916 r. o potężny ogień niemiecki z okolicy wzgórza le Casque. Szczególnie dwa silnie umocnione punkty oporu i karabiny maszynowe umieszczone u wejścia do tunelu, broniącego tych stanowisk, uniemożliwiają wszelki ruch naprzód. Dowódca bataljonu decyduje się więc na związanie tego oporu przy pomocy 4 armatek 37 mm, 2 moździerzy kalibru 58 i 4 karabinów maszynowych. Ogień tych broni uniemożliwia przeciwdziałanie nieprzyjacielskie i umożliwia ruch dwom kompanjom nacierającym bez poważnych strat[5].

Bez ognia niema więc natarcia.

Po tylu i tak obfitych doświadczeniach dziś chyba niema już nikogo, dla kogo nie byłoby rzeczą oczywistą, że wszelki ruch, nie wsparty należycie ogniem, jest wykluczony i że nieustanną troską dowódców wszystkich szczebli musi być ogień narzędzi, danych im do rozporządzenia, tak spotęgować, by uniemożliwił lub utrudnił ogień nieprzyjacielski przeciw tym jednostkom, których ruch ma przynieść rozstrzygnięcie.

To przeważające znaczenie ognia zakazuje już dziś improwizacyj na polu walki, otwierania ognia w natarciu dopiero wtedy, gdy nieprzyjaciel już zdążył nas poważnie ogniem osłabić, ale wprost przeciwnie - wymaga stałej i trwałej organizacji ognia w natarciu, podobnie jak i w obronie, przewidywania opartego o gruntowną analizę terenu oraz takiej organizacji narzędzi ogniowych, by w każdej chwili masowe ich użycie (zwłaszcza broni ciężkich) przeciw dowolnemu punktowi było możliwe. Pod tym względem, jeśli chodzi o sposoby użycia ognia w natarciu piechoty, bardzo cenne i głęboko przemyślane wskazówki zawiera artykuł płk. Barbeyrac de St. Maurice w Revue d’Infanterie[6].

Naturalna jednak jednostronność i skłonność do uogólniania, właściwa umysłowi ludzkiemu, prowadzi nieraz do przeceniania ognia i jego znaczenia dla walki piechoty, Nieulegającą wątpliwości rzeczywistość, że bez ognia wszelka walka piechoty jest niemożliwa, podnosi się do przesady, czyniąc z ognia jedyny środek walki. Formułki: „artylerja zdobywa, piechota zajmuje“ i „natarcie to ogień, który postępuje“, są tej przesady najwymowniejszym wyrazem.

Zachodzi więc pytanie, czy i w jakim stopniu rzeczywiście sam ogień może rozwiązać najważniejsze zadanie, jakie przed piechotą w walce stoi: narzucenie swej woli przeciwnikowi, zniszczenie tego przeciwnika.

Niech na pytanie to odpowiedzą dwa przykłady, zaczerpnięte z wojny pozycyjnej, a więc właśnie tej, gdzie potęga ognia najwięcej miała sposobności do wykazania swego znaczenia.

Dnia 15.V1. 1915 r. 13-ty bataljon strzelców (francuskich) przy natarciu na Langenfeld został na 600 m od celu natarcia zatrzymany ogniem jednego karabina maszynowego. Przeciwdziałanie wszelkich środków ognia nie mogło tego przeciwnika zmusić do milczenia. Dopiero ruch, oczywiście umożliwiony odpowiednio skierowanym ogniem, kompanji odwodowej, której udało się przez Langenfeldkopf wedrzeć na tyły tego karabina maszynowego i zdobyć go (uderzenie), umożliwił dalsze natarcie bataljonu[7].

Dnia 15.IX.1918 r. przy natarciu 45 pułku piechoty francuskiej na pozycje pod Dobropole (operacje bałkańskie) miał Il-gi bataljon tego pułku zająć pozycje bułgarskie na płn. stoku góry Kotka. Prawe skrzydło bataljonu napotyka na silny opór ognia nieprzyjacielskiego. W czasie zaciętej walki, decyzję przynosi wreszcie uderzenie słabego oddziału, złożonego z drużyny dowódcy bataljonu i drużyny dowódcy 7 kompanji, pod dowództwem dowódcy 7 kompanji (razem około 20-tu ludzi). Oddział ten, wdarłszy się pod osłoną ognia wszystkich broni bataljonu w okopy, zmusza znacznie liczniejszego nieprzyjaciela do zaniechania oporu i do poddania się. Wzięto około 200 jeńców[8]

Oba przykłady świadczą w sposób niedwuznaczny przeciw teorji o wyłączności ognia, jako jedynego i zawsze decydującego środka walki piechoty. Zastrzegam się, że nie zaprzeczając bynajmniej ważności ognia - wskazuję jedynie na przesadę czynienia z niego jedynego Boga, któremu piechota ma służyć.

Ta wiara w wyłączną, cudotwórczą moc ognia, jest nietylko błędna; jest ona ponadto zabójcza dla woli zwycięstwa, tego nie zbędnego warunku wszelkiej walki. Niech znów dowodem tego będą przykłady, zaczerpnięte z wojny.

W dniu 19. IV. 1919 r. przy natarciu I-go bataljonu 24 pułku piechoty (t. zw. „bataljon radomski“) na wieś Obroszyn został ruch prawego skrzydła bataljonu zatrzymany ogniem karabina maszynowego ukraińskiego, strzelającego z płn.-zach. skraju wsi Obroszyn. Dowódca bataljonu, nie próbując manewru, starał się karabin maszynowy ten związać ogniem artylerji, skutkiem czego mógł zająć wskazany mu cel natarcia dopiero wtedy, gdy ruch innej kolumny natarcia, zająwszy wieś Stawczany (na tyłach wsi Obrosżyn), zmusił ten karabin maszynowy do wycofania się

Nieprzyjaciel, wbrew zamierzeniu dowódcy całości natarcia, zdołał się wycofać.[9]

W maju 1915 roku oddziały francuskie leżały przez kilka dni przed fermą Froidmont (Chemin de Dames) i nie śmiały się ruszyć, zahipnotyzowane karabinami maszynowemi nieprzyjaciela. Gdy nareszcie zdecydowano się pójść do natarcia, okazało się, że jedyni obrońcy tej pozycji, to były rozkładające się już od paru dni trupy[10]

W obu więc wypadkach hipnoza ognia i żądanie, by ogień oczyścił drogę piechocie, pozwalając jej przyjść bez wysiłku na gotowe, doprowadziły do straty czasu i do tego, że opory minimalne, lub nawet obawa nieistniejących w rzeczywistości oporów, wstrzymały piechotę od wykonania powierzonego jej zadania.

Teorja o wyłączności ognia w walce jest więc nietylko fałszywa, ale jest ona ponadto i dla wartości bojowej piechoty zgubna.

Poza ogniem istnieć więc musi i drugi czynnik walki; zgodne co do tego są wszystkie regulaminy powojenne i, jeżeli się pojawiają teorje o wyłączności ognia, to są one jedynie wyrazem przesadnych i jednostronnych uogólnień jednostek.

Rozbieżność zdań zaczyna się dopiero w określeniu, czem jest ten drugi czynnik. Ruch (mouvement) mówi regulamin francuski, uderzenie mówi niemiecki (Stoss) i włoski (urto).

Któreż z tych określeń jest słuszne?

Niewątpliwie uderzenie bez ruchu istnieć nie może. Kułak schowany w kieszeń dla nikogo nie jest groźny. Ale, jeśli ruch jest dla uderzenia konieczny, to jednak nie każdy ruch przez sam fakt swego istnienia jest czynnikiem decydującym, Weźmy kilka przykładów.

Ruch artylerji, zmieniającej swe stanowiska, nie jest czynnikiem decydującym, ponieważ ruch ten nie może zmusić przeciwnika do opuszczenia zajmowanych przez niego okopów. Zmiana stanowisk bataljonu karabinów maszynowych nie jest natarciem, ponieważ bataljon ten nie ma siły, by wyrzucić przeciwnika z jego pozycyj, Biorąc przykład skrajny, można powiedzieć, że przepotężnym ogniem wsparty ruch jednego człowieka, któryby doszedł aż pod same okopy kompanji nieprzyjacielskiej, nic tej kompanji nie zaszkodzi, bo dwóch pierwszych lepszych jej żołnierzy złapie tego jednego za kark i krótko z nim sprawę załatwi.

Widać więc, że jeżeli ruchowi brak cechy zasadniczej - siły dostatecznej do zniszczenia przeciwnika, to ruch ten nie spowoduje rozstrzygnięcia.

Czynnikowi rozstrzygającemu trzeba więc przedewszystkiem tej cechy zasadniczej—siły,

Ale nawet ruch, siłą tą zaopatrzony, nie zawsze może przynieść rozstrzygnięcie. Weźmy znowu przykłady: samochód pancerny może poruszać się tylko na drodze, posiada na niej siłę dostateczną, by zniszczyć opierającego się mu przeciwnika, Ale poza drogą nie będzie mógł go dostać. Samochód pancerny będzie więc mógł być czynnikiem decydującym jedynie na drodze. Czołg może wprawdzie dojść wszędzie, A nic nie zrobi przeciwnikowi, ukrytemu na dnie rowu. Po jego przejściu przeciwnik ten będzie równie groźny jak i przed niem. Czołg bowiem nie może dopaść przeciwnika wszędzie, gdzie ten się ukryje. Dopiero trzeba mu piechoty, która zdolność tę posiada, by wspólnie z nią stać się czynnikiem decydującym natarcia. Bez niej nie ma on żadnego działania.

Ruch więc jest do rozstrzygnięcia, do narzucenia woli przeciwnikowi niezbędny, nie jest jednak wystarczający.

Do rozstrzygnięcia bowiem, jak z poprzednich wywodów wynika, potrzebna jest siła, zdolna zniszczyć przeciwnika, gdyby ten chciał stawiać opór i tak ruchliwa, że potrafi go dopaść wszędzie, gdzie ten zdoła się ukryć. Tę siłę właśnie nazywamy uderzeniem.

Dla wyjaśnienia dodaję, że to co jest w uderzeniu istotne, to jest jego zdolność niszczenia oporów, na jakie napotyka. Bez tego wszelkie uderzenie jest niczem. Choćbym niewiedzieć ile bił przeciwnika młotem z pęcherza, żadnej mu nie wyrządzi szkody. Trzeba bowiem żelaznego młota, by uderzenie było istotnie zabójcze.

Natarcie piechoty, tego młota żelaznego, tej siły uderzenia pozbawione, jest demonstracją a nie natarciem. Nie sam pęd, ale pięść, oto symbol uderzenia. Piechota, której tej pięści brak, może się bronić; nacierać na chcącego walczyć przeciwnika nie potrafi.

Można więc powiedzieć, że piechocie do natarcia potrzebne są dwa środki walki - ogień i uderzenie. Ruch zaś jest to sposób przenoszenia jednego i drugiego w miejsce najskuteczniejszego ich działania.

Trzy jednak zastrzeżenia są konieczne.

Po pierwsze, uczyniony powyżej podział na ogień i uderzenie jest nieco sztucznym rozdziałem zjawisk rzeczywistości, uskutecznionym jedynie dla jaśniejszego przedstawienia zagadnienia. W istocie bowiem ustalenie ścisłej granicy między jednem a drugiem nie da się przeprowadzić.

Jedno i drugie ma wspólny cel przed sobą: zniszczyć przeciwnika, jedno i drugie przeplata się w bitwie nieustannie.

Ta jednak zachodzi różnica, że ogień działa z daleka, uderzenie z najbliższej odległości. Ogień nie zawsze niszczy, nieraz tylko wiąże; uderzenie zawsze niszczy. O ogniu decyduje głównie broń, o uderzeniu przeważnie człowiek. Dlatego też z punktu widzenia organizacji należy je rozróżniać. W walce jednak, w natarciu zwłaszcza, oba stapiają się w jedno. Jak bez płuc i bez serca żyć nie może człowiek, tak bez ognia i bez uderzenia nacierać nie może piechota.

Po drugie, uderzenie nie zawsze musi dosłownie zniszczyć przeciwnika, nie zawsze musi go dopaść. Groźba dopadnięcia (manewr oskrzydlający), groźba zniszczenia (szturm) naogół wystarczają do odniesienia powodzenia. Rozdrobnienie walki nowoczesnej pociągnęło za sobą, jako skutek ujemny, łatwiejszy upadek ducha u walczących, czujących się bardziej osamotnionymi, niż w dawnej walce. O ile jeszcze za czasów Napoleona trzeba było połowę przeciwników wyrżnąć w pień, zanim moralne skutki uderzenia dały się odczuć, o tyle dziś groźba sama naogół wystarczy.

Ale groźba ta musi być groźbą realną: same okrzyki „hurra” lękliwemu tylko przeciwnikowi odbiorą ducha. Dopiero świadomość niebezpieczeństwa i tego, że nieprzyjaciej posiada dostateczną siłę, by nas zniszczyć, może wywołać ten stan moralny poddania się woli przeciwnika, który jest celem uderzenia. Jeżeli np. oddział jakiś ucieka przed czołgiem, to nie dlatego, że ruch czołga denerwuje go, ale bo wie, że czołg ów potrafi go zniszczyć. Oddział rozbity przez czołg, uciekać będzie nawet przed czołgiem papierowym, bo w przekonaniu jego ma on dostateczną siłę zniszczenia. Ale gdy raz tylko się przekona, że ma papierowego jedynie przeciwnika, stawi czoło i czołgowi prawdziwemu, bo przestanie wierzyć w niebezpieczeństwo, jakie dla niego przeciwnik ten przedstawia.

Fakt więc, że w 90% wypadkach nie dochodzi do walki wręcz, lecz sama jej groźba starczy, by wywrzeć wpływ, nie świadczy o tem - jakby powierzchownie sądzić można - by ruch sam w sobie był czynnikiem decydującym. Ruch ten bowiem tylko dlatego wywiera skutek, że w świadomości przeciwnika zawiera on groźbę zniszczenia, że więc jest on niejako energją potencjalną uderzenia. Bez tego przeświadczenia wewnętrznego, ruch nie byłby niczem, jak niczem dla dobrej piechoty nie jest jeźdźców na jej tyły.

Również i środki uderzenia zmieniły się. Bagnet tylko wyjątkowo stał się jego narzędziem, granat ręczny bowiem zajął prawie wyłącznie jego miejsce, Ale zmiana narzędzi nie zmienia istoty rzeczy. Jak dawniej, tak i obecnie zwyciężyć może tylko ten, kto ma dość siły i woli, by w walce człowieka przeciw człowiekowi, w walce woli ludzkiej przeciw woli ludzkiej, postawić na swojem. A walka ta, to właśnie uderzenie.

Teraz rzecz trzecia.

Podkreślając znaczenie uderzenia i występując przeciw teorji wyłączności ognia, nie chciałem bynajmniej zbagatelizować znaczenia tegoż ognia w walce. Przeciwnie wprost, podniosłem na wstępie i tu raz jeszcze z całym naciskiem powtarzam, że bez ognia - wszelki ruch, wszelkie uderzenia są wykluczone. Uderzenie jest bowiem czynnikiem decydującym, ale ogień jest uderzenia warunkiem nieodzownym. Dopiero harmonijna współpraca obu doprowadzić może do zwycięstwa.

Na podstawie powyższej analizy łatwo obecnie określić cechy, definiujące najmniejszą jednostkę bojową piechoty. Najniższa jednostka bojowa piechoty jest to najmniejsza jej komórka organizacyjna, zdolna do skutecznego wykonania zarówno ognia, jak i uderzenia.

Określenie to uważam za korzystniejsze, od częściej spotykanego „łącząca pod wspólnem dowództwem czynniki ognia i uderzenia”, ponieważ z jednej strony pojęcie „komórka organizacyjna” zawiera w sobie niewątpliwie cechę „wspólnego dowódcy”, a z drugiej zaś istnieć może jednostka bojowa (np - opisana po niżej drużyna amerykańska), posiadająca w równym stopniu jak i drużyna francuska zdolność ognia i zdolność uderzenia bez jednak osobnego podziału na czynnik ognia i czynnik uderzenia. Do tej jednostki stosować się może jedynie określenie pierwsze, co więc świadczy o większej jego ogólności.

Określenie nie jest oczywiście szczegółowem wyjaśnieniem. Dla jasności jednak należałoby może, kosztem nawet zwięzłości, dodać do określenia powyższego „i do wsparcia swego uderzenia własnym ogniem”. Sekcja bowiem „strzelecka” niemiecka może wykonać ogień - posiada wszak 8 karabinów - ale ogniem tym naogół nie może wesprzeć własnego ruchu; potrzebna jej jest do tego osobna sekcja l. k. m. Sądzę jednak, że słowa „do skutecznego wykonania” mówią to samo w sposób bardziej zwięzły a również ścisły. Zresztą w określeniach - poza definicjami nauk matematycznych - trudno szukać przesadnej ścisłości. Można bowiem zacząć zastanawiać się nad tem, co znaczy „wsparcie własnym ogniem”, i w ten sposób prowadzić jałową dyskusję ad infinitum. Dlatego też sądzę, że zbytnie ważenie każdego słowa jest zbędne. Grunt, by wszyscy to samo rozumieli; a sądzę, że powyższe omówienie pozwoliło na osiągnięcie tego wspólnego języka.

CZĘŚĆ II.

Organizacja obecna i tendencje organizacyjne,

Rozdz. 1. Organizacja obecna.

W obecnej organizacji najmniejszej bojowej jednostki piechoty istnieją dwie wyraźnie sobie przeciwstawiane tendencje. Pierwsza to organizacja drużynowa, stanowiąca podstawę regulaminu piechoty francuskiej i za wzorem francuskim dosłownie prawie przyjęta u nas i w szeregu innych państw.

Druga tendencja, to łączenie czynników ognia i uderzenia w plutonie, dzielącym się na pewną liczbę zastępów lekkich karabinów maszynowych (czynnik ognia) i pewną liczbą zastępów strzeleckich (czynnik uderzenia). Stosunek jednych do drugich wyraża się zwykle przez 2 : 3 (Niemcy) lub 2 : 2 (Anglja).

Inne organizacje zbliżają się do jednego lub drugiego typu, różniąc się jedynie przez drobne zmiany ilościowe w składzie poszczególnych jednostek. Z pośród organizacyj drużynowych na podkreślenie zasługuje drużyna amerykańska, składająca się z dowódcy, 2 fizyljerów, 3 grenadjerów, i 3 do 5-ciu szeregowców, uzbrojonych w karabinki, o roli bliżej nieokreślonej (t, j. niewyspecjalizowanych).[11] Charakteryzuje ją więc zasadniczo brak podziału na zastępy (sekcje) a tem samem i mniejsza liczba dowódców (1 zamiast 3). Ze względu na ten jej charakter nazywać ją będziemy drużyną jednolitą, w przeciwieństwie do dwudzielnej drużyny francuskiej.

Jest rzeczą charakterystyczną i - jak poniżej wykażemy - nie pozbawioną logicznego związku, że państwa, mające organizację drużynową, posiadają swą broń maszynową pierwszej linji charakteru raczej ręcznego karabina maszynowego (o ciężarze całkowitym około 9 kg), podczas gdy państwa o organizacji plutonowej posługują się bronią typu raczej lekkiego karabina maszynowego (o ciężarze 14—18 kg).

Rozdz. 2. Tendencje organizacyjne.

Regulaminy powojenne powstały stosunkowo szybko, odpowiadając naturalnej potrzebie kodyfikacji doświadczeń wojny w sposób możliwie bezpośredni, z wykluczeniem zacierającego czynnika czasu. Ten pośpiech odbił się jednak w sposób ujemny na możliwości szerokiego przedyskutowania zagadnień; różnice opinij, powstałe na skutek różnic przeżyć osobistych, temperamentu, poglądów i nawet doświadczeń, musiały więc siłą rzeczy uwydatnić się w prasie wojskowej w formie krytyki regulaminów i wysuwania własnych projektów, lepiej - zdaniem autorów - rozwiązujących problem walki czołowych oddziałów piechoty.

O ile w kwestji organizacji np, bataljonu piechoty różnice poglądów są minimalne i - poza pojedyńczemi tylko, skrajnemi propozycjami - opinja powszechną jest jednolita, o tyle właśnie w sprawie organizacji najmniejszej jednostki piechoty, walka poglądów jest najzaciętsza, ilość projektów najliczniejsza, a dyskusja najobfitsza, Rrzecz charakterystyczna, że najżywiej dyskusja tą toczy się na łamach prasy francuskiej, gdzie poszczególni autorowie zajmują stanowiska diametralnie nieraz sprzeczne; najmniej widać jej w prasie niemieckiej, co świadczy bądź o niechęci władz oficjalnych dopuszczenia do krytyki organizacji, związanej z niedającem się - bez jawnego pogwałcenia traktatu wersalskiego - zmienić uzbrojeniem, bądź też - prawdopodobniej - o tem, że rozstrzygnięcia w przyszłej wojnie szukają Niemcy na innem polu lotnictwo, gazy).

Jest rzeczą wprost niemożliwą streścić w artykule całą niezmiernie obfitą literaturę, jaka pojawiła się w sprawie najmniejszej jednostki bojowej piechoty; dla pełnego jednak oświetlenia zagadnienia pominięcie jej byłoby również niewskazane.

Dlatego też postaram się w dalszym ciągu streścić pokrótce zasadnicze kierunki, jakie przejawiły się w tej dziedzinie i przedyskutować najważniejsze argumenty, przemawiające za tem lub innem rozwiązaniem. Dyskusja ta pozwoli nam na wszechstronne rozważenie istoty zagadnienia i na wysnucie wniosków, opartych na możliwie rzeczowem podłożu.

W przeświadczeniu, że organizacja każdego wojska oparta być musi ściśle o prawdopodobny typ przyszłych operacyj, o charakter narodu, o jego zapas ludzi i o jego możliwości materjałowe, rozpatrywać będę poszczególnie rozwiązania pod tym właśnie punktem widzenia, biorąc, jako wymogi operacyjne, wynikającą z stosunku sił do przestrzeni 1) konieczność wielkiej ruchliwości, a tem samem lekkości naszej piechoty, połączoną ze 2) zdolnością do spowodowania rozstrzygnięcia w czasie, a więc możliwością rozwinięcia wielkiej siły w ograniczonej przestrzeni, dalej 3) niezbędne uzdolnienie jej do walki partyzanckiej, do śmiałych działań drobnych partyj na dużych przestrzeniach, co ze swej strony znów wymaga wielkiej inicjatywy, przedsiębiorczości i samodzielności na wszystkich szczeblach piechoty - cech wrodzonych zresztą w wysokim stopniu charakterowi narodowemu.

Ponieważ jest niemożliwością wprost, jak już wyżej podnosiłem, przedstawić wszystkie projekty, jakie się w omawianej przez nas dziedzinie pojawiły, posegreguję ją na cztery zasadnicze kierunki, które omówię po kolei.

Poza kierunkiem drużynowym, reprezentowanym przez obecną organizację francuską i plutonowym, reprezentowanym przez regulamin niemiecki, pojawiły się nadto z jednej strony projekty skupienia czynników ognia i uderzenia dopiero w kompanji (co nazywać będę w dalszym ciągu kierunkiem kompanijnym), z drugiej zaś strony pojawił się jeden tylko, lecz niezmiernie ciekawy i na bardzo rzeczowych przesłankach oparty głos, odrzucający poprostu wszelką organizację najmniejszej jednostki bojowej i uznający za jedyną najmniejszą komórkę organizacyjną - poszczególnego piechura. Tendencję tę w dalszym ciągu określać będę nazwą kierunku indywidualistycznego.

Dyskusję rozpocznę od omawiania tych dwóch ostatnich kierunków.

Rozdz. 3. Omówienie kierunku kompanijnego.

Najwybitniejszym przedstawicielem tego kierunku jest kpt, Maisonneuve w książce p, t, „L’infanterie sous le feu“[12]. Poza nim zacytować należy płk, Clement de Grandcourt („La tactiąue d'apres guerre et ses applications au Lavant")[13] i płk, Rychnera („Zur Einfiihrung des leichten M, G,“)[14].

Zasadnicze i najbardziej wyczerpujące argumenty za poglądem kompanijnym rozwija kpt, Maisonneuve; płk, de Grandcourt dodaje do nich skąpe tylko uwagi, występując za organizacją kompanijną jedynie na terenie europejskim. Na terenie Lewantu jest zwolennikiem organizacji plutonowej, lepiej, jego zdaniem, dostosowanej do partyzantki, właściwej charakterowi operacyj tego terenu, Opinja cenna, jeśli chodzi o zdanie sobie sprawy z wartości organizacji kompanijnej w stosunku do naszego charakteru przyszłych walk, niejednokrotnie również wymagających partyzantki. Płk, Rychner wreszcie, rozwijając swe wywody snuje rozumowanie w wielu szczegółach analogiczne do toku argumentacji kpt, Maisonneuve, lecz znaczenie mniej wyczerpujące; w ogólnej sumie dodaje do całokształtu zagadnienia drobne tylko przyczynki natury raczej wyszkoleniowej, niż taktycznej.

A. Argumenty

Zestawiając powyższe opinje w jedną całość, można powiedzieć, że za organizacją kompanijną przemawiają następujące względy.

1) W obecnej organizacji kompanji dowódca jej, najlepiej w kompanji bojowo przygotowany oficer, nie ma żadnych środków dowodzenia; całe zadanie kombinowania ognia z ruchem przypada dowódcy plutonu lub nawet drużynowemu. Jeżeli dowódca kompanji chce wzmocnić ogień w pewnym punkcie swego pasa działania, może to uskutecznić jedynie przez wysłanie tam jakiegoś oddziału, czyli przez nasycenie przestrzeni ludźmi, zamiast ogniem. Jeżeli chce np, osłonić skrzydło, może to też uskutecznić jedynie przez siłę żywą, być może zbędną właśnie w tym punkcie, skoro wystarczyłby ogień broni samoczynnej. Chce skupić ogień stromy na jakiś punkt, musi skupić koło siebie grenadjerów V. B., rozbijając organizacyjną jedność drużyny. Chce uderzyć, musi ciągnąć za sobą zbędne mu w tem uderzeniu narzędzia ogniowe.

2) Dowodzenie kompanją jest niezmiernie sztywne. Ilość kombinacyj minimalna. Tymczasem położenie wymaga nieraz zupełnie innej organizacji, niż regulaminowa; trzeba więc dowódcy zostawić swobodę dostosowania organizacji kompanji do potrzeb chwili, czyli dać mu większą giętkość organizacyjną.

3) Obecnej kompanji brak sił uderzenia - nie jest ona bardziej jednostką natarcia, niż baterja artylerji lub kompanja karabinów maszynowych. Trzeba więc dać jej brakującą siłę natarcia przez stworzenie w jej łonie specjalnych jednostek uderzenia.

4) W walce trzeba liczyć się z mieszaniem się jednostek. Organizacja więc skomplikowana, łącząca różnych specjalistów w jednej linji bojowej, nie wytrzyma pierwszej próby ogniowej, skoro ogień nieprzyjacielski wybije ich część, a reszta pomiesza się tak, że o jakimkolwiek podziale pracy nie będzie mogło być mowy. Dlatego też lepiej tworzyć grupki jednolite, różniczkując pracę na wyższym dopiero szczeblu.

5) Obecna organizacja mieszania w jednej linji bojowej jednostek ognia i jednostek uderzenia przedstawia nadto poważną niedogodność w przejściu z natarcia do obrony, tak typowem dla wszelkiej operacji zaczepnej. Bronie bowiem ogniowe pierwszej linji są na stanowiskach doraźnych, nie przemyślanych, nie dostosowanych do terenu, ale wynikłych z dotychczasowego przebiegu walki, czyli z przypadku. Takie więc ich rozłożenie nie zezwala na należyte wykorzystanie ognia i właściwości balistycznych broni maszynowej, stanowiąc tem samem organizację obronną słabą i zawodną, Lepiej znacznie wyspecjalizować zadania i powierzyć organizację obrony i natarcia narzędziom ogniowym, specjalnie do tego celu przeznaczonym. 6) Walka nie zezwala na dawanie szeregowemu zadań skomplikowanych. Żołnierzowi dać można jedną ideę w walce: „masz iść naprzód” albo „masz się bronić”. Ale kazać mu naprzemian iść naprzód i bronić się, to żądanie przekraczające psychologiczną możliwość szeregowca.

7) W drużynie względnie plutonie mamy szeregowców o zupełnie rożnem obciążeniu; jedni są zdolni no szybszego ruchu, drudzy nie. Albo więc broń maszynowa staje się kulą u nogi ruchu, albo też następuje zupełne rozbicie jednostek w wyniku różnic „ciężaru gatunkowego” poszczególnych piechurów,

8) Z punktu widzenia wyszkolenia, organizacja kompanijna zezwala na łatwiejszą i szybszą naukę, skoro każdego żołnierza ćwiczy się tylko w jednej rzeczy, oraz na lepszą organizację wyszkolenia, skoro naukę każdej specjalności powierzyć można oficerowi. Równocześnie przez rozdział zupełny specjalności może się wyrobić poczucia moralne każdego specjalisty, przeświadczonego o ważności swego zadania.

9) Przez ujęcie ręcznych karabinów maszynowych i garłaczy w osobne jednostki upraszcza się zaopatrzenie.

B. Dyskusja.

Rozpatrzmy po kolei wartość poszczególnych argumentów. Dla przejrzystości numerować będę poszczególne ustępy numerami kolejnemi argumentów,

1) Zarzut uczyniony organizacji obecnej jest istotnie słuszny. Dowódcy kompanji rzeczywiście brak siły ogniowej w swem rozporządzeniu; brak ten odczuwamy zupełnie wyraźnie, skoro np. we wszystkich prawie rozwiązaniach taktycznych natarcia batalionu przydziela się kompanji nacierającej drużynę lub pluton ciężkich karabinów maszynowych. Świadczy to nieodparcie o potrzebie broni ogniowej dowódcy kompanji, lecz nie rozwiązuje zagadnienia. Daje bowiem dowódcy kompanji broń zbyt ciężką do ręki, rozproszkowując przytem siłę ogniową dowódcy bataljonu, a równocześnie nie wyrównuje braku broni stromotorowej, tak niezbędnej dla każdego działania zaczepnego.

Brak broni ogniowej w ręku dowódcy kompanji daje się więc istotnie odczuć. Ale należy zapytać, czy, aby uzbroić dowódcę kompanji, należy rozbroić kompanję? Sądzę, że samo postawienie pytania wystarcza za odpowiedź negatywną.

Pytanie powyższe można wyrazić również w sposób mniej coprawda efektowny, ale zato sięgający głębiej - a mianowicie, czy broń ogniowa w ręku dowódcy kompanji wystarcza, by rozwiązać wszelkie zadania, jakie walka stawia kompanji?

W obronie w każdym razie nie. Tu jednak zawsze jest czas na utworzenie doraźnych ugrupowań pod odpowiednio dobranymi dowódcami.

Inaczej w natarciu. Czasu na tworzenie ugrupowań doraźnych z reguły niema. Albo więc dowódca kompanji rozda swe narzędzia ogniowe między plutony (przyjmując ostateczne użycie wszystkich plutonów kompanji), stwierdzając tem samem konieczność istnienia broni ogniowych w plutonach, albo, zgodnie z propozycją kpt. Maisonneuve, da np. zadanie natarcia plutonowi złożonemu wyłącznie z grenadjerów.

Cóż wtedy będzie, jeśli pluton w swym pasie działania natknie się na opór, wymagający siły ognia do związania, spotka z przeciwnatarciem lub uderzeniem na skrzydło? Własnych środków ogniowych brak, trzeba żądać ich od dowódcy kompanji. Po pierwsze - strata czasu, po drugie - jak żądać? Łączność w pierwszej linji, to zagadnienie tak trudne, że wszelkie środki jej realizacji niezmiernie są zawodne i że w połowie conajmniej wypadków nie doprowadzają do skutku. W połowie więc, w najlepszym razie, wypadków dowódca plutonu nie dostanie potrzebnej mu siły ogniowej, w drugiej zaś połowie wypadków przyjdzie ona z opóźnieniem, równającem się niejednokrotnie przekreśleniu celowości użycia. A jeżeli do tego dodać straty w ogniu (których nikt nie może zastąpić, skoro w plutonie brak „specjalistów” do obsługi broni), naturalne rozproszenie walki i szalone trudności porozumienia się, to można powiedzieć, że w przeważającej liczbie wypadków nie powiedzie się wysyłanie broni wtedy dopiero, gdy okaże się jej potrzeba, W natarciu dowódca plutonu liczyć może jedynie na tę broń, którą ma pod ręką - co świadczy nieodparcie o konieczności przydzielenia mu takiej broni organizacyjnie.

Dowódca kompanji powinien więc wprawdzie mieć broń ogniową w swej dyspozycji, ale w uzupełnieniu broni swych plutonów, a nie ich kosztem.

2) Jakie możliwości manewru posiada dowódca kompanii? Zależne są one od możliwości przewidywań i od środków technicznych, które posiada, względnie mógłby posiadać.

Odnośnie przewidywań, to wiadomo, że im niższy szczebel dowodzenia, tem są one mniejsze. Dowódca armji ma szerokie w tym kierunku możliwości, którym odpowiadają równie szerokie horyzonty jego manewru. Przewidywania, a więc i możliwości manewru dowódcy dywizji już są znacznie skromniejsze. Jeszcze bardziej ograniczony jest pod tym względem dowódca bataljonu; wiadomości o nieprzyjacielu - w wojnie ruchowej, do której się musimy przedewszystkiem przygotować - są bardzo szczupłe. Analiza terenu daje mu więc najcenniejsze wskazówki, ale jedynie co do możliwości i potrzeb ogniowych. Cały jego manewr, to przydział pasów kompanjom i przewidywania ogniowe.

Jeszcze bardziej ograniczony jest dowódca kompanji. O nieprzyjacielu wie tyle, co nic. Teren, skromny pas 500 m szerokości, też wiele mu nie mówi. Spróbujmy postawić dobrego kapitana, o długiej praktyce dowodzenia (co rzadko tylko odpowiadać będzie warunkom wojny) i kaźmy mu skombinować „manewr” natarcia kompanji w normalnych warunkach, t. j. w terenie płaskim i w związku, a nie np. na skrzydle dywizji. Jedna taka próba wystarczy, by przekonać o fikcyjności tego żądania. Teren nie wiele mówi, o nieprzyjacielu nic nie wie i cóż ma tu kombinować?

A jakie są jego środki? Kompanja, to nie bataljon w minjaturze. Walkę toczy się blisko - narzędzia ogniowe płaskotorowe kompanji, wobec maksymalnej granicy ciężaru (18 kg) nie zezwolą na strzał ponad głowami, który zresztą - wobec bliskich odległości walki - i tak będzie niemożliwy; zostanie najwyżej strzał przez przerwy, trudny do uzyskania wobec niedopuszczalności zostawienia nieobjętych natarciem pasów, a więc wyjątkowy tylko. Owszem, dowódca może użyć swych narzędzi ogniowych do osłony skrzydła, do związania (ogniem płaskim lub stromym) niebezpiecznego gniazda, do odbicia przeciwnatarcia. Są to jednak zadania, które się wyłonią dopiero w czasie walki, ale których zgóry przewidzieć w większości wypadków nie można.

Cały „manewr” dowódcy kompanji (jeżeli chodzi o stronę organizacyjną, która jedynie nas tu interesuje) polegać więc może jedynie na przydziale większej ilości broni do plutonu jedneo, niż do drugiego.

Ale na jakiej podstawie uskutecznić to rozwiązanie? Wiadomości o nieprzyjacielu zbyt są niepewne, a możliwość niespodzianek zbyt wielka, by tu szukać przesłanek. Teren widoczny naogół na ledwo kilkaset metrów też niewiele więcej dać może wskazań; mapa zbyt niedokładna. Zresztą po kilkuset metrach teren i położenie zasadniczo może się zmienić i zajdzie znów potrzeba reorganizacji kompanji przez zmianę przydziału narzędzi ogniowych). Może się bowiem okazać, że wskutek zmiany charakteru terenu lub zmiany w położeniu, pluton hojnie obdarzony narzędziami ogniowemi wcale ich nie będzie mógł użyć, a pluton pozbawiony ich - nie ruszy bez nich z miejsca. Tymczasem reorganizacja plutonu w czasie walki jest poprostu niemożliwa, Kompanja więc będzie walczyć w organizacji dostosowanej do fazy początkowej, a zupełnie niedostosowanej do fazy następnej.

Trudności te zwiększą się jeszcze w rzeczywistej walce, gdzie nieraz czasu nawet nie będzie na organizowanie kompanji przed bitwą i gdzie trzeba będzie rozpocząć ją tak, jak się stoi.

Organizacja więc kompanijna, zmuszająca do ciągłej improwizacji, do ciągłej organizacji i reorganizacji w czasie walki, w warunkach, gdzie mało się wie, lub się nic nie wie, gdzie wprost żadnych niema do tego wytycznych, na dziesięć wypadków raz może najwyżej okaże swą celowość, W dziewięciu natomiast zmuszać będzie do łamigłówek, do żmudnej i trudnej w walce organizacji jednostek, któreby mogły być na stałe z sobą związane, stanowić więc będzie przeszkodę a nie pomoc,

Lepiej znacznie dać dowódcy kompanji plutony identyczne, zaopatrzone odpowiednio w środki ogniowe (skoro te są im, jak wyżej omawialiśmy, niezbędne), a ponadto środki ogniowe dodatkowe, do jego własnej dyspozycji.

Ta ostatnia kwestja wchodzi w dziedzinę zagadnień organizacji kompanji, która nie jest przedmiotem niniejszych rozważań. Jako więc wniosek w sprawie nas tu interesującej można stwierdzić, że danie dowódcy kompanji środów ogniowych nie rozwiązuje sprawy najmniejszej jednostki bojowej i że w każdym razie - wobec koniecznego stałego przydziału narzędzi ogniowych do plutonu - kompanja tą najmniejszą jednostką być nie może.

3) Argument ten skierowany jest wyłącznie przeciw organizacji drużynowej; niemożliwość bowiem istnienia plutonów wyłącznie uderzenia, wykazać starałem się poprzednio pod 1). W organizacji zaś plutonowej sekcje uderzenia istnieją.

Dlatego też zarzut ten przedyskutuję w związku z pytaniem: „drużyna czy pluton?” (część III nin, artykułu).

4) Zarzut mieszania się jednostek jest słuszny. Najmniejsza jednostka bojowa piechoty, to nie obsługa dział, gdzie każdy inne wykonywa zadanie, ani drużyna piłki nożnej, o wysokiej specjalizacji pracy. Ogień nieprzyjacielski i psychiczny wpływ walki specjalizację tę wkrótce rozbiją. Pierwsza linja piechoty musi więc dążyć do jak największej wzajemnej wymienności piechurów.

Wniosek z tego możliwy jest dwojaki: albo wogóle nie dawać broni maszynowej do pierwszej linji, albo też żądać, by każdy żołnierz kompanji umiał ją obsłużyć. Pierwszy wniosek istotnie prowadzi do organizacji kompanijnej; potrzeby walki wykluczają go jednak, jak to omawiałem pod 2) i szczegółowo rozpatrzę jeszcze w dyskusji organizacji plutonowej i drużynowej. Drugi przemawia przeciw specjalizacji, a więc przeciw organizacji kompanijnej,

5) Istotnie, między zagadnieniem organizacji ognia z punktu widzenia natarcia i obrony zachodzi sprzeczność. Czy jednak w tym celu zrezygnować z pomocy ognia przy natarciu i - jak proponuje kpt, Maisonneuve - za linją nacierającą mieć drugą linję, utrwalającą wyłącznie sukcesy natarcia? Któż jednak wtedy wesprze natarcie ogniem, skoro w walce pierwszej linji wsparcie to musi iść — wobec niemożliwości ognia przenośnego — w samej linji nacierającej? Czy ci, którzy wda li się do okopów, w razie przeciwnatarcia cofnąć się mają na linję ognia, rezygnując z krwawo odniesionego sukcesu?

Organizacji tej zarzucić należy więc brak siły ogniowej dla natarcia i rezerwowanie jej dla utrzymania powodzenia, zamiast dla wymuszenia tego powodzenia.

Utrzymanie natomiast broni ogniowych lekkich w pierwszej linji natarcia toruje drogę posuwającym się naprzód i zapewnia możność natychmiastowej odpowiedzi ogniem na usiłowanie wydarcia sukcesu, A w walce z przeciwnatarciem natychmiastowość ma większe znaczenie, niż kombinacje wedle wszelkich reguł sztuki, ale spóźnione.

Po odparciu przeciwuderzenia bezpośredniego, (z którem należy liczyć się, skoro przewidują go wszelkie regulaminy) czas jest na celowe organizowanie obrony, jeśli dalej iść się nie chce lub nie może.

Natomiast jeżeli dla braku broni przeciwnatarcia odbić nie zdołano, żadne najuczeńsze przysposobienie obrony na nic już się nie przyda.

6) Argument ten (jednej idei u żołnierza) jest nieco sztuczny. Wszak niema chyba człowieka, któryby nie rozumiał, że skoro zdobył, to nie powinien dać sobie wydrzeć. Jest to rzecz tak instynktowna iż trzebaby chyba długo dopiero szkolić żołnierza, by go jej pozbawić. Dlatego też przejście z natarcia do obrony nie przedstawia żadnej trudności psychologicznej, jeśli tylko istnieje dość potężna broń do tego. W razie jej braku położenie nacierającego jest oczywiście fizycznie, a wiec i duchowo, gorsze. Jest to jednak kwestja nie psychologji, lecz broni; omawialiśmy ją poprzednio.

7) Argument obciążenia odnieść można do typu plutonowego (lekki karabin maszynowy); wobec typu drużynowego (ręczny karabin maszynowy) jest jednak nieuzasadniony, bo 9 kilowa broń przy odpowiednio zmniejszonym zapasie amunicji nie jest wcale trudniejsza do przeniesienia od reszty przedmiotów uzbrojenia piechura. Jest to najwyżej kwestja jednakowego obciążenia żołnierzy pierwszego rzutu, do której wrócimy później. Ponadto walka, to nie bieg maratoński, lecz krótkie skoki, przeplatane znacznie dłuższemi chwilami leżenia.

Bieg kilkusetmetrowy celowy byłby najwyżej na najbliższej odległości od nieprzyjaciela; tu jednak właśnie ogień go wyklucza. Jedyna jego możliwość, to marsz za zaporą ruchomą artylerji, rzecz będąca regułą w wojnie pozycyjnej, lecz niemożliwa, względnie niezmiernie mało prawdopodobna w naszej przyszłej wojnie. Do wyjątku zaś nie można dostosowywać organizacji.

8) Teorja o niezmiernie skomplikowanem wyszkoleniu obsługi ręcznych karabinów maszynowych wywodzi się jedynie z komplikacji broni takiej, jak Chauchat lub Maxim. Jest rzeczą zrozumiałą, że Francuzi w czasie wojny złe działanie swego ręcznego karabina maszynowego przypisywali złemu wyszkoleniu; po wojnie jednak względy „prestige'u” moralnego odpadły i śmiało można powiedzieć, że winna tu była broń, a nie obsługa. To samo tyczy się i lekkiego karabina maszynowego Maxima.

Nowe jednak lekkie bronie maszynowe (Browning, Hotchkiss, Chatellerault, Lewis, Brno, Furrer i inne) są tak proste, że po kilkuminutowej nauce każdy żołnierz umie je obsłużyć i z nich strzelać. W czasie prób zdziwiony byłem poprostu, jak mało potrzeba czasu dla opanowania broni przez najmniej nawet rozwiniętego żołnierza. A nauka strzelania z ręcznego karabina maszynowego jest dla dobrego strzelca z karabina poprostu fraszką. Względy wyszkoleniowe nie mogą przeto zaważyć na szali, zwłaszcza, że - jak to omawialiśmy pod 4) - walka wymaga wzajemnej wymienności żołnierzy, a więc opanowania przez nich przynajmniej wszystkich broni pierwszego rzutu.

W czasie zaś pokoju może dowódca kompanji organizować wyszkolenie jak mu się żywnie podoba. Bojowa organizacja kompanji nie ma na to żadnego wpływu,

9) Wzgląd na zaopatrywanie jest mało rzeczowy. Zaopatrywanie z tyłu w czasie walki jest prawie że wykluczone, bez względu na to, czy bronie są więcej czy mniej skupione, W czasie przerw w walce łatwiej zaopatrzyć broń jeśli dbają o nią wszyscy dowódcy i żołnierze w kompanji, niż jeśli część ich tylko się o nią troszczy. A najpewniejszem uzupełnieniem, to amunicja, jaką żołnierz przenosi na sobie; tę zaś da się podnieść do maximum nie przez specjalizację, lecz przez podział na możliwie największą liczbę walczących.

C. Wnioski.

Powyższa analiza prowadzi do następujących wniosków.

1) Dowódcy kompanji istotnie potrzeba własnej broni, zarówno płasko jak i stromotorowej, Ale broń ta nie może być jedyną bronią kompanji i dlatego też kompanja nie jest najmniejszą jednostką bojową piechoty.

2) Specjalizacja zadań jest w pierwszym rzucie niezmiernie trudna, jeśli nie zupełnie niemożliwa. Wyszkolenie i wyekwipowanie żołnierzy pierwszego rzutu powinnoby więc zapewnić możliwie wielką wzajemną ich wymienność.

3) Celem umożliwienia ruchliwości piechoty, obciążenie piechurów walczących w pierwszym rzucie powinno być jednolite i możliwie małe.

Rozdz. 4. Omówienie kierunku indywidualistycznego.

Reprezentantem tego kierunku jest kpt. Laffargue w obszernym i na gruntownej analizie zjawiska walki opartym artykule „Reflexions sur la part, que l'on doit attribuera l'individu et a 1'unitedans le combat“[15].

A. Argumenty.

Wobec wielkiej obszerności tego artykułu, zmuszony będę ograniczyć się do poważnego skrótu, podającego jedynie zasadniczą linję rozumowanie autora. Pomijam natomiast wszelkie kwestje natury wyszkoleniowej i uzbrojeniowej, jako niezwiązane ściśle z omawia nem tu zagadnieniem.

Argumenty kpt. Laffargue'a zwracają się przeciw regulaminowi francuskiemu. Duch ich jednak jest wyraźnie przeciw stawny wielkiej organizacji zbiorowej pierwszego rzutu, t. j, „piechura w ścisłem tego słowa znaczeniu“ (w odróżnieniu od „pomocników piechoty“, t, j. obsługi broni zbiorowej), wedle określenia autora.

Tok rozumowania jest mniejwięcej następujący.

1) Regulaminy powojenne w schematach i wskazaniach swych operują jednostkami zbiorowemi, któremi, jak pionkami, poruszają na polu walki. Jednostki te są złożone ze specjalistów, z których każdy wypełnia inne zadanie, W drużynie francuskiej na 13-tu żołnierzy, najwyżej 4-ch ma uzbrojenie i wyposażenie identyczne. Jest to organizacja wzorowana na składzie np. drużyny piłki nożnej czy rugby. Tymczasem walka przekreśla skład jednostki, żłobiąc szczerby zarówno w specjalistach, jak i niespecjalistach. Zamiast przewidzianej fachowej współpracy musi nastąpić improwizacja, nieprzewidywana przez regulaminy i przekreślająca ich uczone kombinacje.

2) Organizacja obecna oparta jest na zasadzie dowodzenia w walce. Tymczasem nie każdy, kto nosi gwiazdki czy paski, jest dowódcą. Trzeba mieć duszę dowódcy, a takich ludzi jest stosunkowo mało; doświadczenie okazuje, że znaleźć ich można najwyżej w stosunku 1 na 15-tu, Dodając konieczny zapas, można się liczyć najwyżej z jednym prawdziwym dowódcą na 30-tu (pluton), A tymczasem donośność dowodzenia w pierwszej linji jest znikoma; głos i przykład obejmą kilku ledwo najbliższych, wskutek czego większość pierwszej linji nie jest dowodzona, a walczy na własną rękę i własny rachunek.

3) Powyższy czynnik, jak i naturalny psychologiczny wpływ walki, powodują, że obraz istotny walki wielce jest różny od regulaminowego, Wedle regulaminów, obraz jednostki piechoty w walce wygląda tak, jak to przedstawia rys, 1. Tymczasem faktyczna obserwacja pola bitwy, fotografje lotnicze i obraz wryty w pamięć walczących, przedstawiają całkiem inny wygląd. Rzeczywistość tę przedstawia rys, 2, Niema tu żadnych oddzielnych grup, żadnych nierozłącznych jednostek, ale chaos, rozpylenie do ostatnich granic, brak wszelkiego porządku i wszelkiej zwartości, jednem słowem struktura atomistyczna lotnego gazu lub np, cząsteczek cukru w roztworze.

kierunek indywidualistyczny
kierunek indywidualistyczny

W tych warunkach trudno mówić o walce jednostkami regulaminowemi, skoro jednostki te przestały istnieć tak, jak w wysokiej temperaturze np, przestają istnieć kryształki lodu, a na ich miejsce, pojawia się bezkształtna para. Pył ten posiada swą siłę dynamiczną, tak jak siłę tę posiada w tym samym stanie będąca para wodna. Ale o regularności, o dowodzeniu w zwykłem tego słowa znaczeniu niema tu mowy. Każdy walczy na własną rękę, czując się przeważnie osamotniony, tworzą się doraźne grupy, ale nic z regulaminem wspólnego nie mające, dzieło przypadku lub silnej indywidualności dzielniejszego. Wszelka walka regulaminowemi jednostkami o stałym składzie jest w tych warunkach niemożliwa.

Stan ten nie jest stałą postacią walki. Zależnie od położenia, ten moment rozpadnięcia się jednostek, ten niejako „punkt krytyczny” jest różny. Ale musi nastąpić, ilekroć walka nabiera pełnej intensywności. Autor cytuje na poparcie kilka przykładów bitew, osobiście przezeń przeżytych. Wybieram z nich najcharakterystyczniejszy, gdzie walka toczy się przez kolejne fazy rozproszkowania, porządkowania i znów proszkowania (rys, 3).

Przykład ten ma dwa charakterystyczne szczegóły, godne podkreślenia; otóż po pierwsze, że reorganizacja następuje doraźnie, tworząc jednostki nowe, o składzie przypadkowym, różnym od początkowego; po drugie, że w chwilach najważniejszych, w walce decydującej, ma się zawsze do czynienia z rozproszkowaniem.

4) Na podstawie powyższych przesłanek przychodzi autor do wniosku, że jedyną jednostką w natarciu, to pojedyńczy piechur; a ponieważ do ruchu wprzód potrzebna jest zarówno broń płasko jak i stromotorowa, żąda więc autor uzbrojenia piechura w karabin samoczynny i w pistolet do wyrzucania granatów, przyczem wobec koniecznego zapasu granatów, jaki żołnierz ma przenieść, ciężar granatu nie może przekraczać - zdaniem autora - 100 do 120 g.

Autor nie neguje potrzeby broni zbiorowej, proponuje nawet jej typy: granatnik i ręczny karabin maszynowy. Również, wbrew poprzednim wywodom, stwierdza konieczność pewnej organizacji piechoty, przynajmniej dla rozpoczęcia boju. Jako ideał jej uważa przy obecnem uzbrojeniu drużynę, złożona z dowódcy, jego zastępcy, 3-ch ludzi obsługi ręcznego karabina maszynowego i 7 grenadjerów (czyli drużynę jednolitą), a przy uzbrojeniu przezeń proponowanem widzi najmniejszą jednostkę w półplutonie, złożonym z dowódcy, zastępcy, 4-ch ludzi jako obsługi dwóch ręcznych karabinów maszynowych i z 9-ciu strzelców. Jak łatwo widać, półpluton ten nie jest niczem innem, jak rodzajem jednolitej drużyny, o dwóch tylko, zamiast jednego ręcznego karabina maszynowego.

Organizacji tej, zresztą zgodnie z powyższem, nie przypisuje autor przesadnego znaczenia. Widzi w niej tylko jednostkę rozpoczynająca walkę, w ciągu której jednak jest nieuchronnie skazana na rozproszkowanie, a więc zanik,

B. Dyskusja.

1. Sprawę powyższą omawiałem już przy rozstrząsaniu kierunku kompanijnego. Trzeba istotnie stwierdzić, że specjalizacja na polu walki możliwa jest jedynie w strefie głębszej (bronie cięższe); natomiast w pierwszym rzucie jest wykluczona i wszelka organizacja nie dająca pełnej wymienności piechurów pierwszego rzutu - musi zawieść.

2. W rozumowaniu autora odnośnie dowódców niewątpliwie dużo jest przesady. Istotny „dowódca”, t. j. człowiek zdolny do jasnego, logicznego myślenia w czasie walki, jest rzeczywiście zjawiskiem dość rządkiem i wątpić należy, czy każdy dowódca plutonu warunkom tym odpowie. Jeżeli więc „dowódcą” nazywamy człowieka zdolnego do kombinacji manewru, to mało tylko znajdziemy tych „dowódców”. Jeżeli natomiast od niższego dowódcy żądamy tylko przykładu i czynności niezmiernie elementarnych, to liczba ich znacznie będzie większa.

Naszywki nie tworzą dowódcy, to fakt, Ale każdy, kto dowodził na polu walki, wie ile siły moralnej płynie ku dowódcy z tych ufnych, pytających i jak zbawienia czekających rozkazu oczu podwładnych i wie, że trzeba naprawdę być nikczemnym, by ufności tej nie odpowiedzieć. Ta świadomość, że jest nieustannie obserwowany, że od niego zależy los tylu a tylu żołnierzy, wzmacnia tak dalece dowódcę, iż czyni go - na stanowisku dowódcy - człowiekiem o dwakroć większej wartości, niż gdyby był odosobniony, A konieczność myślenia, nieodparty mus czynienia czegoś, wydania jakichś rozkazów, pochłaniają tak dalece jego umysł, że brak poprostu w świadomości jego miejsca na uczucie strachu. Ktokolwiek obserwował siebie, jako dowódcę, wie, że najsilniejszy nawet lęk mija z chwilą, gdy trzeba wydać rozkaz, że człowiek o normalnem zdrowiu psychicznem w chwili, kiedy dowodzi, zapomina o niebezpieczeństwie.

Jeżeli więc od dowódcy żądać rzeczy prostych, elementarnych, odruchowych niejako, jeżeli nie stawiać mu żądań, wymagających kombinacji i wielkich taktycznych rozstrząsań w ogniu, wykluczającym wszelki głęboki namysł, to liczba dowódców, jakimi dysponujemy, napewno przekroczy 1 : 30. Niewątpliwie stosunek 1 : 3 obecnej organizacji jest przesadny, Ale stosunek 1 : 8 przedwojennej organizacji plutonu, przy prostej i nieskomplikowanej roli dowódcy, jest bezwątpienia możliwy do osiągnięcia. Do tego samego zresztą stosunku dochodzi i kpt. Laffargue w proponowanej przez siebie organizacji.

Z drugiej jednak strony ma autor rację, podnosząc trudności dowodzenia w pierwszej linji. Dowódca ma wpływ na kilku najwyżej najbliższych sąsiadów. Reszta idzie raczej jego śladem, niż za jego przewodem. To też najpewniejszym dla niego środkiem wywarcia swej woli na polu walki jest broń ogniowa, oczywiście odpowiednio potężna. Dlatego też dowodzić w pierwszej linji, to kierować ogniem broni płasko czy stromotorowej i pociągać za sobą najbliższych sąsiadów. 3. Wpływ rozpylający walki występuje zwłaszcza silnie w ogniu artylerji; dlatego też walki francusko-niemieckie, toczone przy współudziale przepotężnej artylerji, dały największą liczbę przykładów tego rozproszkowania piechoty. W ogniu broni samo czynnych zjawisko to zachodzi w mniejszym stopniu, ale również występuje. Któż nie pamięta natarć, gdzie nagle się spostrzegł, że jest sam z garstką ledwo żołnierzy obok siebie, tych chwil po szturmie, gdy dowodził jakąś mieszaniną z najprzeróżniejszych jednostek? Stan rozpylenia piechoty jest w czasie zaciekłej walki jej stanem normalnym i w organizacji piechoty należy się z nim liczyć.

Przy tem wszystkiem jednak nie jest słuszne, by istotnie piechota walczyła w tym stanie; jedynie powierzchowna obserwacja może doprowadzić do tego wniosku, W całej luźnej masie, w tym pyle atomów, istnieją jednak pewne ośrodki krystalizacyjne, skupiające dokoła siebie cząsteczki, będące w ich orbicie, by tym rojem skupionych obok siebie żołnierzy uderzyć i wywrzeć rozstrzygnięcie. Siła moralna natarcia jest tak duża, że wystarczy nieraz lokalne uderzenie nieco silniejszej grupki, by skutek uderzenia dał się odczuć na szerokim odcinku. Ileż razy rozstrzygnięcie przyniósł szturm drużyny dowódcy, patrolu telefonicznego czy obsługi karabinów maszynowych.

Takim ośrodkiem krystalizacji jest w pierwszym rzędzie dowódca, czyli źródło energji w tem polu atomowem; jest niem ponadto i broń samoczynna. Jej wpływ przyciągający znają wszyscy którzy brali udział w walce. „Człowiek nie poszukuje walki, ale chce zwycięstwa, dlatego też stara się zabić swego przeciwnika z jak największej odległości, unikając, by go samego zabito” mówi płk, Abadie[16]. Jest ogólnie znanem prawem psychologicznem, że żołnierz w chwili, kiedy strzela, uważa, że jest bezpieczny i że, skoro on zabija, to sam jest niedosięgalny dla strzałów. Na tem polega uspakajający wpływ strzelania w walce, na tem przyciągający wpływ broni maszynowej, pod której skrzydła opiekuńcze garną się żołnierze nie poto, „by spełnić swój obowiązek wobec broni maszynowej” jak mówi regulamin francuski, ale dlatego, że zdaje się im, iż tam właśnie ich się nie zabije.

W ten sposób tworzą się doraźne skupienia dokoła dowódcy i broni maszynowej i te właśnie doraźne skupienia prowadzą całą walkę. Oczywiście skupienia te różne są od takiej np, drużyny bojowej francuskiej, choć genetycznie są jej źródłem. Są to bowiem przypadkowe zespoły ludzi, a nie wysoce wyspecjalizowana jednostka bojowa.

Podkreślając więc rolę broni maszynowej, która w tym rozpylonym stanie piechoty w ostatnich fazach walki stanowi wyśmienity ośrodek krystalizacyjny (rzecz, którą kpt. Laffargue albo przemilcza, albo też której bezpodstawnie zupełnie zaprzecza), należy jednak zwrócić uwagę na dwie wybitne cechy tych doraźnych ugrupowań: oto po pierwsze na ich przypadkowość, a po drugie na ich zmienność w czasie walki. Fakt ten może być niewygodny, nieprzyjemny nawet i obalający wiele teoretycznych rozumowań, ale nie przestanie być faktem. Razić może teoretyków, chętnie bardzo posługujących się najmniejszemi jednostkami piechoty tak jak gdyby były to pionki w grze w szachy, pionki, które mogą przestać istnieć, ale które - dopóki istnieją - mają trwały i identyczny charakter. Fakt rozpadania się tych pionków na atomy i tworzenia się z nich nowych, doraźnych ugrupowań, tej przemiany nie mechanicznej, ale chemicznej wprost, przekształcającej dosłownie charakter poszczególnych jednostek i tem samem obalającej wszelkie na niezmienności pionków oparte rozumowania, fakt ten może być bardzo niedogodny powtarzam, ale nie przestanie być rzeczywistością, z której można być nie zadowolonym, ale na którą trudno się gniewać; przy rozważaniach organizacji piechoty należy się więc z nią liczyć.

Trudno tylko pogodzić się z wnioskami, jakie z tego faktu wyciąga kpt, Laffargue, Nie mówię tu o szczegółach jego organizacji, ani o jego „półplutonie”, którego analizę przeprowadzę później, w części IV-tej niniejszego artykułu, ale chodzi mi jedynie o zasadnicze linje wytyczne jego projektów uzbrojeniowych i organizacyjnych.

Nie można bowiem - jak to czyni autor w wyniku pominięcia roli rekrystalizacyjnej broni maszynowej - zawrzeć całej potęgi ogniowej piechoty w uzbrojeniu indywidualnem. Przedewszystkiem względy zasadnicze sprzeciwiają się temu. Jak słusznie bowiem mówi płk, Abadie „skoro instynkt samozachowawczy bierze górę, wartość broni osobistej staje się równa zeru. W tej chwili wszystko jedno, czy żołnierz jest uzbrojony w udoskonalony karabin, czy w patyk lub widły. W walce wręcz... widziano żołnierzy, którzy rzucali karabiny, aby bić się kamieniami”. Zrezygnować więc z broni zbiorowej, z broni dowódcy, to wyrzec się ognia w tej właśnie chwili, gdy go najbardziej potrzeba. Czuje to zresztą dobrze kpt. Laffargue, projektując przecież w najmniejszej nawet jednostce broń maszynową.

Po drugi, względy techniczne uniemożliwiają to rozwiązanie. Autor doskonale zdaje sobie sprawę z konieczności broni stromotorowej w pierwszej linji piechoty, ale - nie mogąc pogodzić dwóch sprzeczności: koniecznego jej ciężaru i kategorycznej zasady nieprzeciążenia piechura - stawia rozwiązanie w obecnym stanie techniki zupełnie nierealne: granat karabinowy ważący 100 g, który przeciemoże zawrzeć w najlepszym razie 10 g materjału wybuchowego. Jakie będzie działanie tego granatu? O 5 kroków od niego szanse zranienia równe są szansom wygrania losu na loterji. Rzucać taki granat, a nie rzucić niczego - wychodzi na jedno.

A jaką celność mieć będzie „pistolet” do wyrzucania granatów? Nie! dopóki nie nastąpią głębokie zmiany i istotny przewrót techniczny w naszych środkach walki, broń taka będzie tylko fikcią; to gorzej nawet, bo samoułuda; oprzeć na niej potęgi ogniowej piechoty - do czasu tego przewrotu w wyniku jakichś może nowych, nieznanych nam dzisiaj i trudnych do przewidywania zdobyczy techniki - nie można i nie wolno.

Dlatego też nie można się pogodzić z wnioskami, jakie kpt, Laffargue wyciąga z faktu rozpylania się piechoty[17]. Nie bowiem zaprzeczanie jednostkom, niemożliwe zresztą do konsekwentnego przeprowadzenia (czego najlepszym dowodem sam autor), ale taka organizacja najmniejszej jednostki, by umożliwiła nieustanne jej odtwarzanie się przez naturalny rekrystalizacyjny proces dokoła broni maszynowej - oto jest z powyższych przesłanek jedyny logiczny wniosek, W tym celu jednak warunkiem podstawowym jest wzajemna wymienność. piechurów, której znaczenie poprzednio podkreśliłem już dwukrotnie.

Do sprawy tej powrócimy w części IV-tej niniejszego artykułu,

C. Wnioski.

1. Brak dostatecznej liczby ludzi, zdolnych do dowodzenia w ścisłem tego słowa znaczeniu, zmusza do:

a) uproszczenia roli najniższych dowódców;

b) zmniejszenia ilości dowódców.

2. Trudności dowodzenia w pierwszej linji ograniczają rolę dowódcy w walce do:

a) kierowania ogniem broni, będącej pod bezpośrednim jego wpływem;

b) pociągania za sobą najbliższych;

c) dawania przykładu.

3. W najbliższej odległości od nieprzyjaciela, w chwilach wielkiego natężenia walki, piechota przechodzi przez swój „punkt krytyczny”, zmieniający zwarty i uporządkowany jej wygląd na pył bezkształtny. W tem stanie rozproszenia tworzą się doraźne ugrupowania dzięki sile przyciągającej dowódców i broni maszynowej. By jednak umożliwić tę rekrystalizacyjną rolę owych ośrodków skupiających i zezwolić tym doraźnym ugrupowaniom dalej prowadzić walkę należy: a) umożliwić wzajemną organizacyjną wymienność żołnierzy pierwszego rzutu; b) stworzyć organizację taką, by doraźna krystalizacja na polu bitwy odtwarzała ją możliwie wiernie, zezwalając tem samem na dalsze stosowanie raz nauczonych form walki.

Natomiast koncepcję indywidualistyczną, jako przesadzoną i technicznie dotąd niemożliwą, należy odrzucić,

Rozdz. 5. Kierunek plutonowy.

Powyższa analiza kierunku kompanijnego i indywidualistycznego doprowadziła nas do całego szeregu ciekawych wytycznych dla dyskusji zagadnienia organizacji najmniejszej jednostki bojowej piechoty; w rezultacie jednak doprowadziła do odrzucenia obydwóch tych kierunków.

Pozostałyby więc jedynie do omówienia dwa wręcz z sobą sprzeczne kierunki: plutonowy i drużynowy. Oba odpowiadają faktycznie istniejącym organizacjom. Wobec więc wagi zagadnienia i dla większej przejrzystości dyskusji, ograniczę się w niniejszej części artykułu do omówienia wyłącznie argumentów przemawiających za każdym z danych kierunków. Natomiast dyskusję tych argumentów przeprowadzę w formie konfrontacji dwóch tez w umyślnie temu poświęconej części III-ej niniejszego artykułu.

Przedstawicielami kierunku plutonowego - poza oficjalnemi regulaminami niemieckiemi - są: płk, Abadie w cytowanej poprzednio książce[18], mjr. Lennuyeux w artykule „Le contreflanąuement dans roffensive“[19], kpt, Frey „Erfahrungen mit dem leichten M. G.“[20], a ponadto trzej oficerowie belgijscy: płk, Molard[21], płk. Becker[22] i por, Nicaise[23]. Argumenty, które przytaczają na poparcie swej tezy, można mniejwięcej streścić następująco.

1. Najpoważniejszym argumentem, to trudność dowodzenia przez drużynowego; jemu to właśnie przypada najcięższe zadanie koordynacji ognia z ruchem; on jeden może kombinować manewr, podczas gdy dowódca plutonu poprostu pcha identyczne pionki. Role są więc odwrócone: trudniejsze zadanie dano podoficerowi, łatwiejsze oficerowi. Jest więc rzeczą wątpliwą, czy drużynowy zniesie ciężar dowodzenia, rzucony na jego barki, czy znajdzie się dość wielka liczba podoficerów, zdolnych do wykonania tej tak trudnej roli, czy krótki czas wyszkolenia zezwoli na należyte wpojenie w krew i duszę podoficera rezerwy całej tej wiedzy, która jest mu potrzebna do spełnienia trudnej jego roli dowódcy.

Dlatego też lepiej zadanie to przerzucić na dowódcę plutonu, lepiej wyszkolonego i wyżej stojącego intelektualnie, a więc bardziej doń przystosowanego, upraszczając tem samem zadanie, jakie się stawia podoficerowi.

2. Organizacja plutonowa dozwala na lepsze kombinacje ognia i uderzenia. Ilość kombinacyj plutonu francuskiego jest niezmiernie skąpa. Znacznie jest obfitsza ta możliwość w plutonie niemieckim, gdzie dowódca może zawsze lepiej dostosować swe jednostki do położenia i właściwiej pokierować ogniem, ześrodkowując go w najbardziej potrzebne miejsce.

3. Rola żołnierza upraszcza się. Zamiast kilku zadań ma tylko jedno - szturm albo obsługę broni maszynowej, co tem samem znacznie ułatwia wyszkolenie. Wagę tego argumentu dyskutowałem już przy omawianiu kierunku kompanijnego, nie wracam więc już więcej do tej kwestji.

4. Drużyna jest pozbawiona siły uderzenia, względnie posiada ją w sposób dość niedostateczny; dowódca nie może nigdy skupić siły odpowiedniej w żądane miejsce, bo mógłby to uskutecznić jedynie przez skupienie drużyn, niemożliwe w ogniu nieprzyjacielskim, Natomiast w organizacji plutonowej można skierować całą siłę uderzeniową plutonu w żądane miejsce, bez obawy zbytniego skupiania sił żywych na polu walki.

5. Organizacja drużynowa utrudnia przejście z natarcia do obrony, W drużynach bowiem bronie ogniowe rozmieszczone są przypadkowo, tak, jak je zastał zwycięski szturm; w organizacji plutonowej natomiast broniami ogniowemi dysponuje dowódca plutonu, ma więc możność rozstawić je tak, jak teren i położenie tego wymagają.

6. Organizacja plutonowa zezwala na stały skład sekcji (zastępu), która staje się przez to niejako rodziną żołnierza. Węzły koleżeństwa zadzierzgają się, tworzy się duch zespołu, cenna podstawa wartości moralnej i siły duchowej wojska. Organizacja drużynowa zmusza do nieustannych reorganizacyj, aby skład drużyny nie spadł poniżej sakramentalnej cyfry 13-tu ludzi; w ten sposób żołnierz przenosi się nieustannie z jednostki do jednostki, czuje się więc nieustannie obcym w nieznanym mu zespole; powstaje u niego uczucie osamotnienia, źle wpływające ne jego psychikę.

7. Zasadą nowoczesnej obrony jest flankowanie. Tymczasem bronie natarcia działają wprost. Powstaje więc taka sytuacja, że abym ja szedł naprzód, musi sąsiad związać mego przeciwnika. Jeśli nie zauważy go, iść naprzód nie mogę. By wyjść z tego położenia, trzeba dać pierwszej linji bronie zdolne do zwalczania przeszkód flankujących nasz ruch, a więc do przeciwflankowania. Bronie te muszą być dość potężne, a więc ciężkie; z tego też względu należy je przydzielić plutonowi, łącząc tem samem manewr w plutonie, (Argumentu tego nie będę dyskutował w dalszym ciągu, jest bowiem rzeczą oczywistą, że danie - zgodnie z poprzednią moją propozycją - takiej broni dowódcy kompanji, rozwiązuje zagadnienie przeciwflankowania w sposób dostateczny, niezależnie od tego czy najmniejszą jednostką jest pluton, czy drużyna.

Przyczepienie więc tego zagadnienia do sprawy najmniejszej jednostki, jak to czyni w wyżej cytowanym artykule mjr. Lennuyeux wydaje mi się nieco sztuczne).

Rozdz. 6. Kierunki drużyny.

Kierunek drużynowy posiada stosunkowo najwięcej zwolenników; w przeciwieństwie jednak do kierunków poprzednich, widać tu wśród autorów stosunkowo i największe różnice zdań.

I tak zwolennikami obecnej drużyny francuskiej są: kpt. Le Brigand „La petite unitę dmfanterie dans roffensive[24] (artykuł ten znajduje się w języku polskim, streszczony w „Przeglądzie Wojskowym”[25], kpt. Santora „Bojove ukoly a organisace ćety”[26]. i piszący te słowa w Bellonie[27]

Zwolennikiem obecnej organizacji, ale z zastrzeżeniem, jest belg, kpt. Paquot („L’infanterie sous le feu“)[28], żądający zachowania obecnej organizacji, ale zmiany zasady niepodzielności drużyny, by umożliwić dowódcy tworzenie doraźnych ugrupowań ognia, względnie uderzenia.

Zwolennikiem organizacji pośredniej, t. j. takiej, że pluton składa się obok 2 drużyn normalnych z osobnej jeszcze sekcji grenadjerskiej dla uderzenia jest płk, Verse w cytowanym poprzednio artykule[29].

Wreszcie kierunek drużyny jednolitej reprezentuje duński kpt Halvor Jessen[30], niemiecki kpt. Pfeiffer[31] i anonimowy autor francuski A. G. w France Militaire[32].

W poniższem zestawieniu tych rozumowań przedstawiam jedynie argumenty, przemawiające wogóle, zdaniem autorów, za organizacją drużynową. Pomijam natomiast omawianie różno rodnych poglądów, zostawiając ich dyskusję do części IV-ej niniejszego artykułu.

Poglądy zwolenników drużyny dadzą streścić się w następujących punktach.

1) Organizacja drużynowa zezwala w każdem miejscu pola walki rozwinąć potężny ogień bez potrzeby skupiania do tego celu ludzi. W ten sposób każdej niespodziance można odpowiedzieć odrazu, bez potrzeby przesuwań i ruchów, na polu walki nieraz niemożliwych.

2) Wojna wykazała, że jedynym sposobem natarcia, to przenikanie przez szpary, jakie w organizacji obronnej nieprzyjaciela zostawił teren lub wywołał ogień własny. Przenikanie zaś wymaga jednostek zdolnych zarówno do ognia, jak i do uderzenia, a przytem dość małych, by mogły przejść przez najmniejsze szczeliny. Drużyna spełnia wyśmienicie ten postulat.

3) Drużyna posiada wysoką wartość moralną. Od początku służby wojskowej żołnierz pracuje w drużynie i uczy się walczyć w jej ramach i dla niej. W ten sposób koordynacja ognia z ruchem staje się poprostu odruchem koleżeństwa, czemś naturalnem, wrodzonem poprostu. To wzajemne koleżeństwo obydwu czynników umożliwia współpracę podczas walki tam, gdzie niejednokrotnie rozkaz będzie niemożliwy, i gdzie jedynie inicjatywa każdego z walczących może przynieść sukces.

4) Dowodzenie drużyną nie jest wcale trudniejsze, niż sekcją przy organizacji plutonowej. Jak długo bowiem dowódca plutonu może wydawać rozkazy, rola sekcyjnych jest prosta. Gdyjednak rozkaz jego nie dojdzie, muszą sekcyjni sami określać swe zadanie, sami wspierać inne sekcje, których zadań nawet nie jednokrotnie nie znają, sami więc z własnej inicjatywy montować manewr. Jest też o wiele trudniejsze, niż dowodzenie elementem ognia i elementem uderzenia dla jednego zadania.

Zresztą dowodzenie jednostkami w szyku Fryderyka Wielkiego było jeszcze łatwiejsze; nikt jednak z tego względu nie powróci do tego szyku i tej organizacji.

5) Dowódca plutonu w większości wypadków nie będzie mógł dowodzić inaczej, niż własnym przykładem i przez sekcję (drużynę), przy której się znajduje, W plutonie francuskim nie jest to katastrofą, bo każdy drużynowy zna swe zadanie, natomiast w plutonie niemieckim brak dowodzenia to zupełny chaos i rozprężenie, to negacja wogóle jego istnienia.

6) Organizacja drużynowa zezwala na rozwinięcie większej potęgi ognia (2 lekkie karabiny maszynowe plutonu niemieckiego na 3 ręczne karabiny maszynowe francuskiego, wobec prawie zupełnie równej wartości ogniowej nowoczesnych lekkich i ręcznych karabinów maszynowych),

7) Organizacja plutonowa jest korzystniejsza na placu ćwiczeń, gdzie namysł jest możliwy. W walce natomiast, gdzie wzruszenie boju wyklucza namysł i gdzie możliwy jest tylko odruch, organizacja drużynowa, mniej wprawdzie kombinacyjna, ale zato prostsza i bardziej natychmiastowa, lepiej odpowie potrzebie chwili.

8) W walce na szczeblu plutonu żadne przewidywanie nie jest możliwe. Dlatego też organizacja drużynowa, odpowiadająca przeciętnym potrzebom, lepiej przystosowuje się do warunków walki, niż plutonowa, gdzie, zależnie od położenia, trzeba za każdym razem reorganizować pluton.

9) Wreszcie - organizacja drużynowa jest owocem bezpośrednim wojny, jest organizacją, która uzyskała zwycięstwo.

Myśl tę rozwija szczegółowo kpt, Le Brigand w cytowanym poprzednio artykule. Rozmiary niniejszej rozprawki nie zezwalają mi na szersze przedstawienie jego rozumowań. Ciekawych odsyłam do streszczenia w „Przeglądzie Wojskowym”. Tu ograniczę się jedynie do podania zasadniczych linij rozumowania.

W pierwszych bitwach na początku wojny upadła przedwojenna doktryna francuskiej piechoty, oparta wyłącznie o wiarę w uderzenie. Naturalną reakcją przeszło się z jednej skrajności do drugiej - wiarę w uderzenie zastąpiła wiara w ogień: „Artylerja niszczy, piechota zalewa” stało się hasłem natarcia. Przepotężne kilkudniowe przygotowania artyleryjskie, olbrzymie zwały stali niszczyły wszystko, co tylko widać było w terenie. Liczne natarcia na okopy nieprzyjacielskie wykazały skuteczność tej metody. Ale z chwilą, gdy nieprzyjaciel przeciwstawił jej ugrupowanie wgłąb i metodę gniazd, położonych poza okopami - zawiodła. Piechota musiała znów stać się bardziej samodzielną; okazała się potrzeba lekkiej broni maszynowej.

Potrzebie tej zadośćuczynił ręczny karabin maszynowy. Pierwsze jego zastosowanie, to nic innego jak organizacja plutonowa, jak łączenie elementów ognia i uderzenia w ręku jego dowódcy. Pluton mianowicie podzielony był na dwa półplutony - ognia i uderzenia. Półpluton ognia miał 2 ręczne karabiny maszynowe i sekcję grenadjerską, półpluton uderzenia - dwie sekcje woltyżerskie.

Jak długo piechota francuska walczyła tylko przeciw celom ograniczonym, za osłoną zapory ruchomej, a więc np. pod Verdun i nad Sommą, organizacja ta wytrzymała próbę walki i okazała swe zalety. Zawiodła jednak, gdy metodzie natarć o celach ograniczonych odpowiedzieli Niemcy głębszem uszykowaniem obrony.

Zapora ruchoma stała się już wtedy niemożliwa. Pozbawiona jej pomocy piechota musiała własnym ogniem torować sobie drogę naprzód. I tu okazała się sztywność i niepraktyczność organizacji plutonowej.

Dla scharakteryzowania napotykanych tu trudności przytaczam dosłownie odnośne ustępy z artykułu kpt, Le Brigand[33]

Linje tyraljerów, rozproszkowane ogniem nieprzyjacielskich broni samoczynnych, wykorzystywały najmniejsze zasłony, by uniknąć pocisków nieprzyjaciela; tworzyły się w ten sposób przypadkowe, luźne grupki, niezdolne do pójścia naprzód nawet wtedy, gdy osłabienie nieprzyjaciela lub odpowiednia kombinacja ruchu i ognia byłyby na to pozwoliły. Te doraźne grupki nie miały możności celowego użycia środków walki plutonu, mianowicie broni samoczynnej, do wiązania nieprzyjaciela, granatów ręcznych, karabinowych, do niszczenia go za osłonami, i woltyźerów, którzyby to wyzyskali. Organizacja bowiem plutonu nie pozwalała na tworzenie zgrupowań wyposażonych w te wszystkie środki. Uszykowanie w dwie fale, z których pierwsza, złożona z fizyljerów i grenadjerów, torowała drogę drugiej, składającej się z woltyźerów, przeznaczonych do walki wręcz, odpowiadało szturmowi na linje określone, uprzednio zniszczone przez artylerję i położone względnie blisko od podstawy wyjściowej, lecz zawodziło, gdy trzeba było zlikwidować gniazda oporu, wyłaniające się niespodziewanie w czasie walki w głębokiej strefie obronnej nie przyjaciela.

Grupki zatrzymane ogniem składały się albo wyłącznie z fizyljerów, albo wyłącznie z woltyźerów. Dowódca plutonu, jeśli go nawet pociski oszczędziły, nie mógł w żaden sposób kombinować działania tych dwóch elementów, rozsianych na froncie 100 i więcej metrów. A gdyby nawet szczęśliwy przypadek skupił te dwa elementy obok siebie, przeciętny dowódca, nie szkolony w tym kierunku, nie mógłby tego wykorzystać do podjęcia na nowo ruchu wprzód

W ten sposób doświadczenie wojny obaliło system plutonowy.

Na jego miejsce przyszła organizacja nowa: pluton dzieli się też na dwa półplutony, ale identyczne. Każdy z tych półplutonów ma dwie sekcję, jedną grenadjerską, drugą fizyljerską; obie w składzie 9 ludzi (w tem 2 zapasowych). Organizacja ta, ustalona wrześniu 1917 roku, przetrwała do końca wojny bez zmian zasadniczych. Jedyną zmianą było wzmocnienie ognia sekcji fizyljerskiej przez danie jej dwóch ręcznych karabinów maszynowych, zamiast jednego, co miało wyrównać niedostateczną siłę ogniową i pewność działania Chauchata.

W ten sposób do końca wojny dotrwała organizacja będąca niczem innem, jak embrionem organizacji drużynowej i przetrwała okres najzaciętszych walk, najpotężniejszych ofensyw, walk zarówno pozycyjnych jak i ruchowych.

W ten sposób wojna usankcjonowała organizację drużynową.

Regulamin powojenny zmienił ją jedynie w tem, że licząc się z potęgą ogniową nowo pojawiających się ręcznych karabinów maszynowych, conajmniej dwakroć przeważającą potęgę starych Chauchatów, obniżył stan półplutonu 19-tu ludzi (a właściwie bez obsługi zapasowej 15-tu) na 13-tu, dając równocześnie zamiast dwóch ręcznych karabinów maszynowych w sekcji fizyljerskiej - jeden.

Pozostawiono wprawdzie stary ręczny karabin maszynowy ze względów ekonomicznych, ale prace nad nowym r. k. m. posunięto tak daleko, że dla celów walki (jak to wykazało dane piechocie walczącej w Maroku Chatelleraultów) można zawsze dać ręczne karabiny maszynowe nowe, potężne.

W ten sposób drużyna regulaminu francuskiego nie jest niczem innem, jak półplutonem ostatniej fazy wojny, o drobnej zmianie wewnętrznej, wynikłej jedynie ze zmiany uzbrojenia, bez wpływu jednak na zasadniczy charakter strukturalny jednostki.

Śmiało można więc powiedzieć - twierdzi kpt. Le Brigand - że drużyna jest owocem doświadczenia zwycięskiej wojny.

Oto krótkie zestawienie argumentów zwolenników kierunku drużynowego.

Wartość tych argumentów omówimy poniżej.


  • 1) Mjr. Grasset: „Une bataille de rencontre. Virton“. Revue Militaire Frańęaise, Nr 43 do 48 (1.I.25 do 1.VI.25)
  • 2) Płk. Tonnet: Wykład o taktyce karabinów maszynowych w Sables d’Olonne, dnia 16.XI.1919 r.
  • 3) Mjr. C. E. Hudson: „Flanking machinę — gun fire“. Infantry Journal, luty 1925 r., str. 177-182.
  • 4) Historja 52 pułku piechoty. Opracował kpt. Pawlik. Warszawa 1925 r., str. 173.
  • 5) Mjr. Lanquetot: „La conquete du Casque”. Revue d’Infanterie, Nr. 365 (1.11.1923 r.), str. 223 i 224.
  • 6) Płk. Barbeyrac de St. Maurice „L’infanterie dans le feu moderne“. Revue d'Tnfanterie, wrzesień, październik, listopad i grudzień 1925 roku.
  • 7) Płk. de Ripert d’Alauzier: „Le feu et le mouvement“. Revue dTnfanterie, Nr. 383 z 1.VIII 1924 r„ str. 216 -241.
  • 8) Kpt. Rinieri: „Une division franęaise a la bataille de Dobropolie”. Revue dTnfanterie, Nr. 388 (1.1. 1925 r.), str. 98 i 99
  • 9) Obserwacja osobista.
  • 10) Płk. de Ripert - d’Alauzier, j. w.
  • 11) Płk. Versé: „La unita di fanteria nuovo tipo”. Rassegna deFEssercito Italiano, Nr. 7 - 8, str. 110.
  • 12) Berger—Levrault, Paris 1925.
  • 13) Revue d'Infanterie z 1-go października 1925 r.
  • 14) Allgemeine Schweizerische Militarzeitung z dnia 25.IV.1925 r.
  • 15) La Revue dTnfanterie, styczeń, luty, marzec i kwiecień 1926 r.
  • 16) Płk. Abadie: „Ce qui’l faut savoir de lTnfanterie“ Paris 1924, str. 16
  • 17) Zgodnie z poprzedniemi zastrzeżeniami, mówią jedynie o wnioskach organizacyjnych. Nie krytykują tu natomiast wniosków wyszkoleniowych autora, naogół nie zmiernie słusznych i wartych bliższego zapoznania sią z niemi.
  • 18) Str. 26.
  • 19) Revue d’Infanterie, 1 wrzesień 1924 r
  • 20) Allgemeine Schweizerische Militarzeitung z dnia 6.VI.25 r.
  • 21) Revue Bibliographique Militaire z czerwca 1924 r.
  • 22) j.w. z lipca 1924 r.
  • 23) Bulletin Belge des Sciences Militaires z września 1925 r.
  • 24) Revue dTnfanterie, lipiec i sierpień 1925 r.
  • 25) Przegląd Wojskowy, zeszyt 7, str. 102 i nast.
  • 26) Vojenske Rozhledy, czerwiec 1926 r.
  • 27) „Uzbrojenie piechoty. Drużyna i jej uzbrojenie”. Bellona, tom XIX, zeszyt 3 (wrzesień 1925 r.).
  • 28) Bulletin Belge des Sciences Militaires lipiec, 1925 r.
  • 29) „La unita di fanteria nuovo tipa“. Rassegna del Esercito Italiano, lipiec i sierpień 1925 r.
  • 30) „Moderne Fodfolks-kompagnier”. Kobenhavn 1920.
  • 31) „Begriindung eines Exerzierreglements“. Berlin 1920.
  • 32) „La revision du reglement d’infanterie“, serja artykułów w kwietniu i maju 1925 r.
  • 33) „Przegląd Wojskowy”, zeszyt 7-my, str. 109.
PRZYPISY
z 243
generate time: 0.333 s, memory: 16.99